To była taka piękna niedziela

To była  piękna niedziela. Jak na połowę listopada wyjątkowo ciepła i słoneczna. Niebo było niebieskie, ptaki zdzierały gardła jakby to był kwiecień, pod stacją kolejki snuła się para chłopaków w moro z karabinami. Nigdy nie wiem czy to policja czy jakieś wojsko. Muszę to sprawdzić. Z ciekawości. Wlokłam się powoli znad Marny do miasta na kawę. Wcześniej wysłałam wiadomość do moich kawowo-niedzielnych towarzyszek, że będę tam gdzie zwykle o jedenastej. Nie odpisały. Wiedziałam, że nic im nie jest, już w piątek wieczorem karnie zameldowały na facebooku, że są bezpieczne. Zalety mieszkania na przedmieściach. Trudno sobie wyobrazić powód, dla którego terroryści mogliby zaatakować naszą wieś. Musieliby się chyba zgubić albo upić. No, ale wieczorem jeździ się do miasta.  Nie zmartwiłam się że nie odpisały. Może przyjdą.

Niedziela wyjątkowa jak na tę porę roku. Ludzie szli do kościoła, u nas na wsi jeszcze ludzie chodzą do kościoła. W niedziele są nawet dwie msze. Minęłam otwarty bar pierwszej pomocy, gdzie mimo wczesnej pory potrzebujący sączyli pierwsze wino. Dwie czynne piekarnie i zamknięte rozporządzeniem konserwatorium. Lokalne resto dopiero upychało stoliki na wąskim chodniku. Muszę kiedyś policzyć ile tych stolików udaje im się tam wcisnąć. Z ciekawości.

We włoskiej kawiarni na placu pod włoską flagą, pomnikiem Włochów, którzy polegli we francuskich szeregach broniąc Republiki, usiadłam przy stoliku na tarasie. W środku ryczał telewizor z włączoną jakąś włoską stacją, w której piękna korespondentka nadawała na żywo relację z tego, jaka jest piękna i spokojna niedziela w Paryżu.

Wypiłam kawę i poszłam do księgarni kupić niedzielne gazety. Obejrzałam zdjęcia na pierwszych stronach i nagłówki Le Monde, Le Figaro, Le Parisien i numer specjalny na jesień ELLE Decoration, bo ciągle nie mogę znaleźć ładnych krzeseł do kuchni. Po tej przeprowadzce siedzimy na plastikowych krzesłach z ogrodu. Nic nie kupiłam.

Towarzyszki się nie odezwały. Szłam w dół, nad Marnę i myślałam, że może nie powinnam była na tej kawy proponować. Że jest żałoba. Niektórzy piszą i dzwonią, że nie wychodzą z domu, że w paranoję popadli i boją się. Może one też? A może nie wypada. Po trzech latach mieszkania tutaj ciągle popełniam jakieś faux pas.

Pod bramą merostwa stało kilkadziesiąt osób. Pod trzema flagami. Na schodach stał mer i przemawiał. Mówił, że jest wojna, że musimy walczyć i bronić wartości. I żeby się nie bać. Czego tu się bać w taką niedzielę na naszej wsi?

Jutro będziemy się bać. Wsiądziemy do metra i będziemy szukać znaków, że to teraz. Staniemy w korku na obwodnicy, bo będzie blokada. Ewakuują nas na stacji RER . Grzecznie i szybko będziemy otwierać torebki przed wejściem do urzędu i biurowca, wyciągać klucze z kieszeni płaszcza, żeby przejść przez bramki. Teraz to ma sens. W piątek na chodnikach leżały trupy takich jak my, nie rysowników, nie dziennikarzy, nie w redakcji za karę, za rysunki.

Jutro dzieci pójdą do szkoły i stracimy je na kilka godzin z oczu.

A może nie. Towarzyszki odpisały. Jedna była na manicure, druga spała do jedenastej. Trzeba odespać. Chociaż może szkoda takiej pięknej niedzieli, może to już ostatnia taka ciepła. Idzie zima.

nogent_328