Surfing z dziećmi – porady praktyczne

Jeśli hasło All Inclusive kojarzy Ci się z hodowlą klatkową kurczaków. Masz pancerne dzieci, które trzeba „wybiegać”, nie boisz się zakwasów, wody, rekinów (no dobra, rekiny można odpuścić, nie ma ich w Portugalii). To tak! Wyjazd na surfing jest dobrym pomysłem na wakacje dla całej rodziny.

Nie jestem skarbnicą wiedzy o sportach wodnych, ale mogę podzielić się zdobytym doświadczeniem. Od pomysłu „ej, a może na surfing?” do szczęśliwego powrotu, plus wnioski.

W czasie planowania wyjazdu okazało się, że opcje są dwie:

1.Szukamy domu do wynajęcia w Portugalii, a następnie szukamy szkoły surfingu i zapisujemy się na lekcje.

2.Wybieramy surf-camp i wykupujemy full-opcję, czyli mówiąc po prostu jedziemy na obóz sportowy dla dzieci i dorosłych.

Po wpisaniu do wyszukiwarki hasła surf-camp Portugalia i pierwszym rzucie oka na wyniki można odnieść wrażenie, że połowa Portugalczyków zajmuje się nauczaniem  surfingu, a druga połowa uczy innych sportów wodnych. Pojawiają się setki stron z campami, hostelami, szkołami. Ceny mniej więcej podobne. Tygodniowy wyjazd z wyżywieniem i lekcjami surfowania to +/- 600 euro od osoby dorosłej i trochę mniej od dziecka. W naszym przypadku było to 25 euro mniej, więc raczej symbolicznie. Same lekcje kosztują, w opcji pięciodniowej, ok 230 euro-dorośli i około 190 – dzieci.  My wyjeżdżaliśmy sporą grupą – sześć osób dorosłych i piątka dzieci. Dopiero po powrocie zorientowałam się, że część szkół ma opcję „grupową”, no, ale mądry Polak po szkodzie. Nie była to zresztą jedyna rzecz, którą można było lepiej zaplanować.

1.Jako zupełni surfingowi lamerzy czerpiący swoją wiedzę z „internetów” doszliśmy do wniosku, że na zachodnim wybrzeżu fale będą za duże na nasze możliwości, więc zdecydowaliśmy się na camp, który miał swoją siedzibę w Lagos. Fale miały być mniejsze (w naszym mniemaniu). Cóż, tylko że na małych „falkach” w Lagos nie da się surfować, więc na tzw. spoty i tak jeździliśmy na zachodnie wybrzeże, a dokładnie na plażę Arrifana. Dojazd to ok 40 min w jedną stronę.

2. Wybieraliśmy spośród polskich campów. Wydawało nam się że polski organizator równa się polskojęzyczny instruktor. Zależało nam na tym ze względu na dzieci. Polski camp obsługiwali jednak anglojęzyczni instruktorzy, a poziom angielskiego naszych dzieci okazał się w praniu (prawie dosłownie) wystarczający. Z resztą do zrozumienia lekcji surfingu wystarczy znajomość kilku zwrotów: „front foot” „back foot” „paddle, paddle, paddle”  „pop-up” „catch a wave”…. „are you all right?”  Więc swobodnie mogliśmy odpuścić kryterium „polskości”, które bardzo zawęziło nam wybór.

Znaleźliśmy camp, w którym zarezerwowaliśmy trzy boungalowy, po jednym na rodzinę. Na terenie campu był basen, kantyna i bar. Warunki ok, nie spodziewaliśmy się pięciu gwiazdek. Styl obozowy. Małe problemy z czystością, które szybko nazwaliśmy „surferskim stylem” i zostały w miarę szybko przez „szefa” rozwiązane. Załoga obsługująca dzieliła się na dwie opcję tę zaangażowaną, i tą „nie, bo my też mamy trochę wakacje”. Było kilka niedociągnięć, w sumie drobnostki, ale jednak ze spokojnym sumieniem nie napiszę jedźcie tam, 100% satysfakcji gwarantowane. Dlatego nie wymieniam nazwy, bo z założenia na moim blogu polecam tylko to, co mnie urzekło lub to przed czym chcę ostrzec. Tutaj uczucia mam mieszane. Największym „grzechem” była obecność na terenie dużego psa, który załatwiał swoje potrzeby na trawniku obok basenu i zachowanie kilku osób z obsługi, którym zdarzało się sprzątnąć ostatni kotlet sprzed nosa dziecka, które właśnie zapełniało swój talerzyk przy szwedzkim stole. No, ale to może ten „surferski styl”.

Zdecydowane plusy:

Jakość i ilość jedzenia. Tak pysznej owsianki nigdy wcześniej nie jadłam. W cenie mieliśmy zagwarantowane śniadania, piknik na plaży i obiadokolacje. Zdrowe, dużo owoców i warzyw i duży wybór. Nawet mój bardzo wybredny syn nie miał problemów ze skomponowaniem sobie posiłku.

Organizacja. Pomimo konieczności 40 min dojazdów wszystko było dopięte na ostatni guzik. I w sumie nie ma się co oszukiwać. Prawie wszystkie szkoły dowożą na spoty. Baza nad oceanem to rzadkość.

Bardzo fajni instruktorzy. W większości Portugalczycy, ale był też Hiszpan i Szwedka z fantastycznym podejściem do dzieci. Duży plus.

Jak wygląda dzień adepta surfingu.

1.Śniadanie

2.Wyjazd na spot – tu godziny były różne od 9:00 do 10:30. Wynikało to z godzin rezerwacji plaży. Każda licencjonowana szkoła ma swoje godziny co pozwala uniknąć tłoku w wodzie.

3. 1.5 godzinna masakra – czyli nauka w wodzie.

4. Przerwa 1,5h  i piknik na plaży.

5. i znowu hop do wody na 1,5 godziny.

6. Powrót, płukanie pianek,  opatrywanie ran, zmywanie soli z ciała i włosów.

7. Kolacja, porównywanie siniaków i co kogo i gdzie boli. Piwo, dwa filmy o surfingu i spać.

Oczywiście dwa ostatnie punkty nie dotyczą dzieci które po całodziennym wysiłku gładko rzucały się w wir zabaw jeszcze bardziej męczących.

Jeśli chodzi o dzieci to nie warto zabierać na surfing dziecka, które z rezerwą podchodzi do wody. Przyszły surfer musi umieć pływać i na pewno nie może bać się wody. Nie raz spadnie z deski i przykryją go fale. Nasze surferki miały jedenaście lat i raczej dobrą kondycję fizyczną. Jedna z nich trenuje sport zawodowo, dwie pozostałe amatorsko. Dzieci muszą być silne i muszą chcieć. Dodatkowo część szkół stawia za warunek to, że będą miały siłę wnieść deskę z plaży na … klif. Do surferskich spotów często schodzi się z wysokich klifów i wdrapanie się na nie z deską po całym dniu walki z falami nie jest łatwe.

Porady praktyczne:

Język. Nie musisz uczyć się portugalskiego. Większość mówi świetnie po angielsku, francusku albo niemiecku. Ten kraj jest rodzajem europejskiego domu emerytalnego, więc obsługa klientów z zagranicy jest naprawdę na wysokim poziomie.

Zakupy.

Portugalia nie jest drogim krajem. Ceny są dużo niższe niż w sąsiedniej Hiszpanii, nie wspominając o Francji. Zjedzenie obiadu, nawet w Lizbonie za 6-8 euro jest dosyć proste. Z rozrzewnieniem wspominam dwa ogromne i pyszne szaszłyki z żabnicy z dodatkami za 10 euro. To chyba najniższa cena w Europie.

W sklepach ceny artykułów spożywczych podobne do polskich. Większej różnicy nie odczujecie.

Odradzam natomiast zakupy w aptekach. Lepiej wyjechać z dobrze zaopatrzoną apteczką. Tutaj ceny są zabójcze. I w co naprawdę trudno było mi uwierzyć ale były wyższe od francuskich.

Transport.

Do Portugalii najlepiej dotrzeć samolotem. Jest to jednak, prawie dosłownie koniec świata. Wiem, że od tego roku do Lizbony latają z Polski tanie linie. My lecieliśmy z Paryża Tap Portugal i z ręką na sercu mogę polecić tego przewoźnika. Pierwszy raz od lat dostaliśmy na pokładzie samolotu na trasie europejskiej ciepły posiłek i to do tego jadalny 🙂

Tym razem nie wynajmowaliśmy samochodu. Po noclegu w Lizbonie do Lagos wyruszyliśmy autobusem. Komfortowo i szybko. Ceny przystępne ok 130 euro w dwie strony dla czterech osób. Na miejscu samochód właściwie nie jest potrzebny.

Co zabrać ze sobą

1.Dużo kremów z filtrem. Jeśli twoi rodzice nie są rdzennymi mieszkańcami Afryki subsaharyjskiej to faktor 50 będzie niezbędny. Portugalskie słońce pali niemiłosiernie a żaden filtr, nawet wodoodporny nie przetrwa 1.5 godzinnego moczenia w oceanie. U nas najlepiej sprawdziły się poza klasycznymi mleczkami, sztyfty La Roche Posay którymi szybko można dosmarować najbardziej narażone miejsca.

Nie wolno zapomnieć o Karcie Ubezpieczenia Europejskiego. Surfing jest sportem kontuzyjnym i widzieliśmy karetkę zabierającą adeptkę tego sportu prosto z plaży. Ponieśli ją ze złamaną nogą na desce. Karta działa fantastycznie, mieliśmy okazję to sprawdzić kiedy nasz syn trzeciego dnia wyjazdu dostał 40 stopniowej gorączki i wylądowaliśmy w szpitalu.

Wszystkie niezagojone rany po moczeniu się w wodzie będą jeszcze bardziej niezagojone. Warto zabrać dobre, mocne wodoodporne plastry. Tm bardziej że bardzo łatwo jest o stóp i rąk które trudno się goją.

Niech nie zmyli was prognoza pogody. Będzie 30 stopni, jasne ale wiatr będzie urywał wam głowę. Więc bluzy  i wiatrówki są niezbędne.

No to już możecie jechać mierzyć się w falami.

Ps. Ja śledzę na bieżąco wszystkie możliwe promocje dotyczące Portugalii. Jestem zakochana na zabój 🙂

portugalia_blog-18