To okazji zbliżających się Świąt pozwalam sobie na taki religijny tytuł. Do Dekalogu dodałam  małe, jedenaste przykazanie -Nie kupuj! Nie daj się ponieść, nie gromadź rzeczy.

Omijam Paryż z pięknymi Lafajetami. W tym roku nie dam się rzucić z naszego sennego miasteczka nad Marną prosto w marność konsumpcyjnego szaleństwa stolicy. Wiem, że brzmi to trochę jak wyznanie wiary świeżo nawróconego wyznawcy minimalizmu. Spokojnie, kupiłam choinkę, prezenty dla rodziny i jeden specjalny prezent dla siebie, zamówiłam ciasto na Święta, ale wszystko w tym roku z dużą rozwagą i bez szaleństw. Dary kupione u nas „na wsi” (zgodnie z zasadą „skoro tego nie można kupić w Nogent, to na pewno nie jest tego warte”) albo zamówione przez internet. Żadnej wyprawy do sklepu, zero,  null i to   od trzech miesięcy.
Jest to rezultat szokowej terapii anty-zakupowej, którą przypadkiem przeszłam w połowie września. Pewnego dnia, w połowie drogi nad rzekę odkryłam Dom Aukcyjny. Aukcje są na różnym poziomie. Od takich z meblami za kilkanaście czy obrazami za kilkadziesiąt tysięcy euro po licytacje likwidacyjne warsztatów samochodowych. Co kto lubi.
Moją uwagę przykuł afisz obwieszczający aukcję wyposażenia, bibelotów i pamiątek z domów Madame L. i Madame B.
Skojarzyło mi się to z Damą Kameliową, powiało tajemnicą, postanowiłam zobaczyć jak wyglądają dobra obydwu dam. Oczywiście domyślałam się, że trafiły na aukcję raczej w wyniku zgonu właścicielek niż dobrowolnego rozstania, ale co tam. Pokusa była silniejsza.
W dużej hali znajdowała się zawartość domów. Dosłownie cała zawartość. Od lodówek, przez telewizory, wypchane jelenie, torebki  z rękawiczkami w środku, biżuterię po prywatne listy i zdjęcia dwóch kobiet. Mniej cenne przedmioty zostały wrzucone do skrzynek i sprzedawane w „kompletach”, cenniejsze były licytowane pojedynczo.
Licytujący, na oko banda właścicieli sklepików i stoisk na „marche aux puces” z pokerowymi minami podbijali ceny.
Madame B. była artystką. Żadna awangarda. Malowała przyzwoite akwarele, technicznie bardzo dobre. Kwiaty, widoczki na wysokiej jakości papierze. Na aukcję poszły kartony pełne gotowych prac i szkiców które musiały powstawać latami. Kilkaset sztuk wrzuconych do pudeł. Przemieszane z czystymi jeszcze blokami, chińskimi tuszami i pędzlami oraz kilkoma sztalugami. Obok stały ogromne kartony z albumami o sztuce, było w nich chyba wszystko co Tachen wydał w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Całość została sprzedana za 120 euro. Nawet nie chcę liczyć ile Madame B. zapłaciła za te albumy, akwarele firmowe, tusze i papiery. Kilka, kilkanaście tysięcy euro?
Wtedy wyobraziłam sobie cały mój dobytek spakowany w kartony i sprzedany na aukcji za grosze. Handlarzy, którzy grzebią w moich torebkach. Przypomniałam sobie o rzeczach, które zostawiliśmy w takich samych kartonowych pudłach na strychu w Warszawie w trakcie przeprowadzki. Uświadomiłam sobie, że nawet nie pamiętam co w nich jest.
I uwierzcie mi, problem z zakupami mam do dziś. Nawet przedświąteczna atmosfera konsumpcyjnego szaleństwa nic nie zmieniła. Każdy nowy przedmiot wyobrażam sobie w zakurzonym, kartonowym pudle w Domu Aukcyjnym w połowie drogi nad rzekę.

Nogent-sur-Marne 2014
Nogent-sur-Marne 2014
Nogent-sur-Marne 2014
Nogent-sur-Marne 2014
Nogent-sur-Marne 2014