Opuściła nas Różowa Księżniczka.

Po cichutku odeszła od nas Różowa Księżniczka. Dotarło to do mnie dzisiaj kiedy przeglądałam zdjęcia z wiosennego spaceru. Zniknęły cekiny, króliczki i tiule. Czarne martensy zajęły miejsce brokatowych baletek. Powiem szczerze, nie będę tęsknić. Przetrwaliśmy to jakoś. Wspólna egzystencja wymagała zaciśnięcia zębów i przewartościowania pojęcia „fajne ciuchy”.
Życie z Różową Księżniczką często nie było różowe.
Tym bardziej, że nikt jej nie zapraszał.
Do trzeciego roku życia Córka moja miała w nosie to co ma na sobie. Miała ubrania w neutralnych kolorach, czasami zdarzały się różowe, ale większość jednak była z działu chłopięcego. Takie nam (czyli rodzicom) się podobały i były wygodniejsze.
Była jedynym dzieckiem w rodzinie, pierwszym w gronie przyjaciół i znajomych. Słowem zero różowych wzorców w otoczeniu. W tym czasie nie mieliśmy w domu telewizora, więc nie została skażona jadem z nasączonych „księżniczkową” propagandą mediów.
Przełom nastąpił w momencie, w którym pracująca w tym czasie na amerykańskich wycieczkowcach Wróżka Chrzestna przywiozła w prezencie to co (tak podejrzewam) jest mundurkiem amerykańskich dziewczynek. Sukienkę księżniczki.
Sukienka miała wszystko – tiul, tiulowe falbany, trochę atłasu, małe perełki i medalion z Kopciuszkiem przyszyty na piersi. I była różowa.
Córka poszła za ciosem. Błyskawicznie wyłowiła z szafy różowe elementy garderoby i odmówiła noszenia czegokolwiek innego. W domu zaczęły się pojawiać kolejne tiulowe spódniczki, malinowe bluzeczki, kwieciste rajstopki. Znoszone przez babcie, ciocie i muszę przyznać, że przeze mnie też. Zachwyt na twarzy Księżniczki topił wszystkie postanowienia, że to już ostatnia „kręcąca się” różowa spódniczka. Córka osiągnęła mistrzostwo w komponowaniu fuksji z pudrowym różem przełamując to magentą. Tiulowa spódniczka okazała się być ubraniem na każdą okazję. Nawet na sanki, idealnie komponowała się z zimowym kombinezonem.
Często zastanawiałam się nad tym, jak reagować na ten różowy szał. Chociaż bolały mnie zęby od tych słodkości postanowiłam przeczekać. Tym bardziej, że Córka nie miała innych objawów. Nie bawiła się w księżniczki, nie wykazywała większego zainteresowania lalkami i spokojne w różowych „ałtfitach” taplała się w błocie. Po kilku latach Różowa Księżniczka pojawiała się coraz rzadziej, aż w końcu odeszła definitywnie, o czym świadczy zamieszczona wyżej fotografia.
Piszę to małe pożegnanie z różem na marginesie dyskusji o „gender” która (tak, tak) przetacza się także przez Francję. Dyskusji o podziałach na zabawki, ubrania, kolory dla dziewczynek i chłopców. Na ile obcowanie z taką ilością różu było naturalną potrzebą dziecka, a w jakim stopniu zostało wzmocnione kulturowo?
Otóż dziewczynki po prostu lubią róż. Dorosłe kobiety też. Ludzie po prostu lubią róż.
Dlaczego? Prawdopodobnie tak właśnie ukształtowała nas ewolucja. Kobiety są wrażliwe na róż ponieważ różowe owoce są dojrzałe i smaczne, różowe policzki są świadectwem zdrowia, a malutkie dzieci są różowe z natury. W testach preferencji kolorystycznych kobiety częściej wybierają odcienie czerwieni(w tym róż) niż mężczyźni. I co ciekawe jest to niezależne od kontekstu kulturowego.  Jest to kolor, który na poziomie fizjologicznym delikatnie pobudza, nastawia pozytywnie do świata, daje poczucie bezpieczeństwa, a symbolicznie niesie wyłącznie pozytywne znaczenia. 
Myślę, że był to naturalny etap rozwoju Córki. Cieszę się, że tak jak ospę wietrzną ma go już za sobą.
Witajcie Martensy, dresowe bluzy i czarne swetry. Pewnie poczekamy jeszcze kilka lat na osiągnięcie ubraniowej równowagi.