„Młodzież polska na tułactwie…”

I tak oto, w minionym tygodniu tytułowa „młodzież polska” rozpoczęła kolejny rok nauki w Szkole Polskiej w Paryżu, zwanej też Zespołem Szkół przy Ambasadzie lub Szkolnym Punktem Konsultacyjnym. Nazw w sieci (i stron szkoły) jest kilka, nie wiem która jest obowiązująca.
W pięknym wrześniowym słońcu, na dziedzińcu szkoły, po hymnie, słuchaliśmy o tradycji, trudzie nauczycieli i uczniów. Po mojej głowie snuły się natrętne myśli – „Jakby tu wrócić do łóżka? Co ja tu robię o 8:00? Może uda się zdrzemnąć w parku! Po co ja wstałam o 6:00? Zostawię dzieci i wracam spać, może same trafią do domu.”
I nagle uświadomiłam sobie, że w „mowie na otwarcie” czegoś zabrakło. Że to nie tradycja, nie trud nauczycieli (niczego im nie ujmując, doceniam tradycję i podziwiam kadrę), nawet nie uczniowie, ale to rodzice tworzą „szkołę na tułactwie”. Wstają o morderczych godzinach, urywają się z pracy, walczą z dzieckiem, z metrem, z parkowaniem.  Dlaczego?  Muszą mieć silną motywację, nie ma obowiązku wysyłania dziecka do polskiej szkoły. Hipotetycznie mogliby wszyscy stwierdzić – „Koniec! Nie wstaję!” Szkoła musiałaby po prostu zawiesić działalność i żadna Tradycja by tu nic nie wskórała. A może to właśnie ona sprawia, że rodzicom jednak się chce? Nie wiem.
Czy szkoły narodowe mają jeszcze sens?
Co zrobić z potomstwem które stwierdza, że woli basen od polskiej szkoły?
Albo takim, które ogłasza, że jednak jest francuzem, bo mają lepszą drużynę piłkarską? (to mnie akurat nie dziwi)
Tego też nie wiem.
Jednak odrzucając „szkiełko”, przyznam się, że słuchanie dzieci, które recytują wiersze Tuwima „na paryskim bruku” wzrusza mnie niezmiernie i zdarza mi się nawet uronić łzę.

Wszystkim rodzicom – i sobie również – życzę żeby nam się jednak chciało. Dzieci kiedyś odpowiedzą sobie na pytanie czy miało miało to sens.