La La Land – recenzja

Jedziemy samochodem główną ulicą naszej mieściny. Przy głównej, która tak jak większość głównych we Francji nazywa się Wielką Ulicą Generała de Gaulle’a, stoi kino. Ulica wcale nie jest wielka, jest jednokierunkowa i wąziutka. Kino za to jest całkiem duże i bardzo stare. I stoją przed nim kolejki, naprawdę mamy jeszcze w naszej mieścinie kolejki do kina. Nad wejściem wiszą cztery afisze. W tym tygodniu grają „La,La Land”,”Lion”, „Chez Nous”, „Lego Batman” .
Od kilku lat mam problem z oglądaniem oskarowych filmów, staram się ale… Czasu nie starcza. Do tej pory nie obejrzałam Zjawy. Wpadam więc na pomysł żeby zobaczyć „La,La Land” przed Oskarami. Tyle razy nominowany, jak dostanie jakąś statuetkę to przynajmniej jeden film będzie zaliczony. Rzucam więc swobodnie.
– Może pójdziemy do kina?
– Ooooo, na co? – Tył samochodu ożywa.
– Może na La, La, Land? Ma fajny plakat.. – rzucam na rybkę, prawdę o tym że to film w którym śpiewają ukrywam.
– Eeee, nie.. Gaspara niestety zabrali na to rodzice w zeszłym tygodniu. – mówi Feliks.
– I co?
– Powiedzieli mu że to będzie klasyka i że trzeba zobaczyć. No i mi powiedział : Feliks, nie idź na „La, La Land” bo to o jednym gościu co spotyka laskę i coś tam się dzieje ale nie wiadomo co bo ciągle tańczą.
Wolałbym na Lego Batman niż na taką klasykę.

Poszliśmy na Lego Batman. Naprawdę, to bardzo fajny film. Totalny pierdzielnik popkultury. Lord Voldemord walczy ramię w ramię z Gremlinami i Godzillą. Batman ma depresję i problemy z tożsamością.  Wychodząc z kina spotkaliśmy Gaspara. Wyglądał na bardzo zadowolonego.

Dzisiaj ceremonia rozdania Oskarów. Mam nadzieję że „La, la Land” nie dostanie żadnego.