Ćwiczenia z mentalności.

Wrzesień to trudny miesiąc dla rodziców. Czas podejmowania dramatycznych decyzji. Zapisujemy dziecko na angielski? Zapłacimy tysiaka za konie? Trening piłkarski o ósmej rano w sobotę? Czy zdążę po pracy, przed pracą, ewentualnie w trakcie? A może pływanie? czy coś…. plus logopeda. Ratunku!

Na skutek takich działań znalazłam się w Konserwatorium Miejskim na zebraniu dla rodziców przyszłych wirtuozów – uwaga ….. wiolonczeli. Uprzedzam i dementuję, nie był to mój pomysł i może innym razem napiszę dlaczego moje dziecko zapragnęło nagle grać na wiolonczeli właśnie. Zdaję sobie sprawę z tego że dosyć nikły procent dziewięciolatek budzi się pewnego dnia rano i oświadcza „Oh yeah, będę grać na wiolonczeli” Jednak….

Udało mi się w czerwcu wcisnąć dziecko na listę rezerwowych, w lipcu telefon że została przyjęta, we wrześniu zebranie.

Ćwiczenia praktyczne z mentalności wyglądały tak.

18:00
Ciasna, duszna, sala w konserwatorium zajęta była w połowie przez fortepian w połowie przez rodziców z dziećmi. Obecność dzieci powinna była wzbudzić od początku moją czujność. Francuzi jeśli  nie muszą, nie zabierają dzieci ze sobą. Nigdzie i nigdy. Chyba że do pediatry.  Jednak dzieci były, generowały dziecięcy chaos i jak się okazało zostały przyprowadzone w konkretnym celu. Rodzice wyglądali na dobrze zadomowionych, jednak odrobinę spiętych.

18:15
Zjawiają się prowadzący spotkanie. Kobieta -starsza i mężczyzna-młodszy.  Kobieta przedstawia mężczyznę mówiąc że pani X odeszła i oto jej następca. Ta-dam. Rodzice robią- Oooooo…. uśmiechając się jednocześnie z rezerwą głęboką jak kanał La Manche. „Nowy” się czerwieni i przechodzimy do przemowy.

18:20
Przemowa. Krótka, w założeniu, przeciąga się ponieważ dwoje rodziców nie rozumie zbyt dobrze francuskiego (to znaczy troje, ale ja się nie odzywam) kobieta ciągle prosi o powtórzenie a potem tłumaczy swojemu mężowi (chyba na wietnamski). Pozostali rodzice uśmiechają się nadal, ale czuję że napięcie sięga zenitu. Chyba ostrzą noże.

18:40
Przechodzimy do części praktycznej. Dane są: 25 uczniów, dwóch nauczycieli, dwa wieczory(od 17:30 do 21:00) i jeden poranek. Każdy uczeń ma w zależności od stopnia zaawansowania 30 min lub 45 min zajęć. Zadanie polega na ułożeniu planu zajęć tak aby dziecko A mogło zdążyć po szkole, pani B z pracy, dziecko C przed lekcjami rysunku…… i tak bez końca. I wtedy rozwiązuje się zagadka obecności dzieci. Zostały przyprowadzone w celu potwierdzenia wieku. „Proszę zobaczyć przecież takie małe dziecko nie może mieć lekcji o 19:00” Padają różne argumenty, achy, ochy, wzruszenia ramionami, lekka przepychanka przy stoliku a wszystko to z uśmiechem na ustach.
Chouette!
Jak to mówiła moja babcia „Dziurki nie ma krew wypita”

Skuteczne okazały  się dwie strategie. Moja, czyli obstawienie najmniej popularnej godziny, takiej której nikt nie chce. Oraz ta wietnamskiej pary. Kobieta po prostu pokazała interesujące ją okienko na liście i stała dopóki nie została zapisana. Wszyscy chyba przestraszyli się że może znowu zacząć zadawać pytania.  Zadowoleni wyszliśmy z sali zostawiając za sobą uśmiechnięte piekło.

Tak nauczyłam się jak walczyć do pierwszej krwi ze słodkim uśmiechem na ustach. Po prostu Francja-elegancja.

Mam tylko nadzieją że się opłacało i kiedyś moja wiolonczelistka zagra starej matce kawałki Janerki 🙂