Chłopiec, który sam zbudował taki dom.

2014

2014
W życiu każdego blogera (nawet tak „niszowego” jak ja) przychodzi chwila, w której musi rozważyć czy napisać post na zamówienie. Sprzedać się, czy nie? 
Moje wszystkie wątpliwości rozwiała wyjątkowość zleceniodawcy oraz to, że presja, którą wywierał przez kolejne dwie godziny od złożenia propozycji była ogromna.
Zleceniodawcą jest mój syn. W kolejnym stadium kolejnego w tym roku ataku choróbska, dziecko zbudowało dom. Wizja architektoniczna nawiedziła go, zaraz po tym, jak w desperacji i obawie o jego zdrowie psychiczne odłączyłam go od elektroniki. Można być Adamem Słodowym rodzicielstwa, ale jeśli dziecko spędza w domu większość roku szkolnego ostatnią deską ratunku bywa telewizor. Przynajmniej moją. 
Dom, a właściwie „Baza”, powstała przy moim biurku. Po godzinie cięcia, klejenia najpierw tektury taśmą klejącą, następnie klejenia palców plastrami, syn rzekł:
-No, mamo teraz zrobisz zdjęcia, wstawisz na swojego bloga i podpiszesz „Chłopiec, który sam zbudował taki dom” i zobaczymy czy się spodoba. Rośnie mi demon mediów społecznościowych.
2014

Zaczęłam się zastanawiać, skąd przyszedł mu do głowy taki pomysł. Tym bardziej, że zabrzmiało to bardzo naturalnie, coś takiego jak: „Może zjemy dziś czekoladę?” W naszym domu Facebook, blogi i spółka są umiarkowanym tematem rozmów. Dzieci wiedzą mniej więcej co to jest. Same kont nie mają i nie wyrażają żadnego zainteresowania ich posiadaniem. Żadne z koleżanek i kolegów potomstwa (wyłączając z tego oczywiście już tych „nasto”)  konta na „Fejsie” i innych nie posiada. O zgrozo, dzieci i towarzystwo nie mają nawet telefonów komórkowych. Kiedyś zapytałam Ninę. czy ktoś z jej klasy przynosi telefon to szkoły. Zdziwiona zapytała „A po co komuś telefon w szkole?” Telefony nie są zabierane na wycieczki, na weekendy ze skautami, ani na zajęcia dodatkowe. Nie ma tego w jakimś szczególnym regulaminie. Po prostu tak jest. 

Zaintrygowana tematem zaczęłam wypytywać znajome matki, kiedy zamierzają obdarzyć/bądź obdarzyły potomstwo smyczą w postaci komórki. Najczęstsza odpowiedź jaka padała to „Kiedy pójdzie/poszło do „college” [czyli gimnazjum] lub kiedy zacznie/zaczęło zostawać samo w domu.”
Piszę tu tylko o samym fakcie nie posiadania własnych telefonów. Nie zmienia to oczywiście niczego w czasie jaki dzieci spędzają na bezlitosnym katowaniu urządzeń rodziców i domowych komputerów. Chociaż tutaj też dostrzegam kilka różnic. Rzadko urządzenie należy do dziecka, raczej do rodziny. Komputer stoi częściej w przestrzeni wspólnej, w salonie lub w kuchni. Raczej nie w dziecięcym pokoju. Chociaż to już pewnie trochę straciło na znaczeniu wraz z popularyzacją tabletów. 
Być może to, że nie mają własnych urządzeń z ciągłym dostępem do sieci, jest przyczyną tego, że za pomocą portali i internetu z kolegami nie komunikują się wcale.
Mimo wszystko mój nieistniejący w mediach społecznościowych syn bardzo naturalnie zażądał prezentacji swojej „Bazy” w sieci, liczył się z tym, że zostanie ona oceniona („zobaczymy czy się spodoba”) – czyli mniej więcej wie, jak to działa. Wygląda na to, że jest to naturalny aspekt jego środowiska, jego świata, nawet jeśli jeszcze nie może na pełnych prawach z niego korzystać.
I niech na razie tak pozostanie. Mam spore wątpliwości co do tego czy 8-latek jest w stanie odróżnić „lajki” od uczuć i czy może na nich budować poczucie swojej wartości. 
Część dorosłych tego nie potrafi.
Felek już zapomniał o całej sprawie z blogiem. Z „Bazy” korzysta, dzisiaj odrabiał w niej lekcje. Czy się spodoba, czy nie i tak mu o tym nie powiem, chyba, że sam zapyta. Na razie postaram się, żeby sam nauczył się oceniać jakość swojej pracy.
Ale „Baza” jest fajna. Co nie?